| Skandal! Takie rzeczy to tylko w PZS ... |
| poniedziałek, 19 lipca 2010 13:46 | ||||||||||
|
Marek Król po skandalicznych obradach będzie nadal prezesem Polskiego Związku Snowboardu. To co ostatnio miało miejsce w Nowym Targu śmiało można nazwać skandalem! Ponizej relacja Kamila Wojnickego z red. sports.pl, a zatem zapraszam do lektury : Miejsce – drink bar „Klub Muzyczny Dudek” w Nowym Targu. Przed wejściem koczujący zawodnicy, z Jagną Marczułajtis i braćmi Ligockimi na czele. W drzwiach ochroniarze, którzy pieczołowicie sprawdzają listę zaproszonych. – To dla sprawnego i merytorycznego przebiegu obrad. Nie chcieliśmy, aby na sali były osoby do tego niepowołane – wyjaśnił prezes Król. Szczelna ochrona Dwie godziny po rozpoczęciu obrad, głównie dzięki interwencji przedstawicieli ministerstwa i mediów, wpuszczono zawodników. - “Nie mam pojęcia, czemu wcześniej nie chciano tego zrobić. Jakaś działaczka siedząca obok mnie powiedziała, że oni dobrze wiedzą, co to za ludzie ci zawodnicy i że nie ma sensu ich słuchać. Spytałem tylko tę panią, czy uważa, że dla polskiego snowboardu ona jest ważniejsza niż Jagna Marczułajtis” – opowiada Zbigniew Waśkiewicz, który na zjeździe występował jako szef AZS AWF Katowice oraz wiceprezes PKOl. Szybko jednak opuścił salę obrad. – “W życiu w czymś takim nie uczestniczyłem. Byłem głęboko zdegustowany. Miejscem, formą, sposobem prowadzenia itd. Wystąpił syn prezesa i krzyczał na wszystkich, bo jak stwierdził „jest na aplikacji adwokackiej”. Gratuluję życiowego sukcesu, ale co mnie to obchodzi? Ochroniarze biegali do prezesa spytać, czy mogą wpuścić wiceministra. Paranoja. Tak jak podział mandatów ze względu na siłę sportową. Klub, który reprezentuję, miał trzech olimpijczyków w Vancouver (łącznie do Kanady pojechało czworo snowboardzistów – przyp. red.), a dostaliśmy jeden mandat. Klub pani, która siedziała obok, miał pięć” – opowiada Waśkiewicz. Zawodnicy są kontra.” Wyrwali mikrofon Kiedy doszło do wyborów, na sali byli już tylko poplecznicy prezesa. Przegrać nie mógł. Wśród głosujących była m.in. jego żona oraz córka i syn (podczas Zjazdu pełnił obowiązki zastępcy prowadzącego obrady). Rodzinnych układów było więcej, bo w zarządzie znalazł się też Paweł Dawidek, którego wybierała m.in. siostra i ojciec. Ten ostatni to trener snowboardowej kadry alpejskiej. Tej, której członkiem była Marczulajtis-Walczak. Ani ona, ani druga najlepsza polska alpejka Karolina Sztokfisz na igrzyska nie pojechały. Sztokfisz miała spore szanse, ale… – Dawidek nie znał kryteriów kwalifikacji olimpijskich – twierdzi Jagna. Eliminacje igrzysk były imienne i zawodnicy sami dla siebie zbierali punkty. W ostatnich zawodach Karolina potrzebowała kilku oczek. Nie dostała szansy, bo zamiast niej na starcie stanęła… córka prezesa. Była podobno w lepszej formie, ale nie miała żadnych szans dostać się na igrzyska. – Coś takiego powinno go kosztować stanowisko - przekonuje Jagna. Inni przypominają historię fizjoterapeutki Danuty Tadel, która była z kadrą na igrzyskach. Później zwróciła się związku o wypłatę, ale podobno usłyszała od prezesa, że powinna się cieszyć, iż wzięła udział w tak atrakcyjnym wyjeździe. Brak profesjonalizmu
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."
|






